studia
Labstyle

Studia analityczne i dzisiejsze absurdy

Studia mogą być tematem lżejszym, ale też cięższym. Zależy, jak kto patrzy. Niektórzy studiują i pracują, inni tylko na studiach bywają. Zdarza się też podział na tych, których studia są najważniejsze na świecie i takich, dla których „trawa sąsiada jest bardziej zielona”. Dzisiaj trochę o analityce medycznej. Paradoksy, absurdy — jak to było?

Studia zaczęłam w 2013 roku. Byłam dumną studentką analityki medycznej Uniwersytety Mikołaja Kopernika w Toruniu Collegium Medicum im. Ludwika Rydygiera w Bydgoszczy. Wbrew pozorom, nie studiowałam tego kierunku jednocześnie na dwóch uczelniach zlokalizowanych w zwaśnionych ze sobą miastach, ale jednym Bydgoszczu (zabieg celowy).

Studia trwają pięć lat i są jednolite. Oznacza to tyle, że, żeby zdobyć jakikolwiek tytuł, należy ukończyć całe pięć lat studiów. Nie ma tytułów pośrodku, czyli licencjata lub inżyniera. Kiedy rezygnujesz ze studiów na danym kierunku po 3 latach, to tak naprawdę stracisz trzy lata. Oczywiście pobranej wiedzy nikt Ci nie zabierze, ale jednak fizycznie nic z tego nie masz. Ma to też swoje dobre strony (mam na myśli typ jednolitych studiów). Piszesz pierwszą (i często jedyną pracę „w miarę naukową”) dopiero po pięciu latach i wtedy też przechodzisz przez obronę i egzamin końcowy. Ale może zajmijmy się studiami od początku.

Studia — I rok

Pierwszy rok, a właściwie dwa lata to w dużej mierze przedmioty „tzw. zapychacze”. Są to przedmioty, które muszą się pojawić, a niekoniecznie wnoszą sporo merytorycznych rzeczy do przyszłego zawodu. Ale mogę się mylić, bo może kogoś merytorycznie przygotuje półgodzinna dyskusja o definicji stołu i biurka na filozofii (historia prawdziwa). Pojawiły się też przedmioty bardzo istotne, czyli różne chemie i inne matematyki. I tutaj też zadziałała zasada z memów, gdzie nauczyciel twierdził, że to wiedza ze studiów, a wykładowca, że powinno to być w liceum. Jasne, ja byłam w humanie, więc w ogóle klapa, ale to były zdania kolegów, którzy ukończyli zaszczytne biolchemy. Najciekawszymi przedmiotami, przynajmniej dla mnie, były anatomia i fizjologia. Zawsze mnie bardzo ciekawiło, jak to wszystko wygląda w środku i jak działa. Nawet to, że preparatami nie były 20-letnie modelki, nie odjęło magii tym przedmiotom.

Studia — II rok

Kiedy dzielnie przetrwaliśmy pierwszy rok, pojawiło się słynne „teraz to już nas nie wyrzucą”, ale u mnie na roku miał jednak miejsce spory odsiew. Było to spowodowane tym, że miano wprowadzić płatność za drugi kierunek. Nikt nie wiedział dokładnie, jak to działa, ale krążyły pogłoski, że pierwszy rok zalicza się jako odbyty po podejściu do sesji. Zatem sporo osób, dla których analityka nie była spełnieniem naukowych marzeń, nie podeszła do sesji wcale. Z około 120 osób przyjętych pod koniec mieliśmy jakieś ponad 80 osób. Po drodze jeszcze kilka osób pozbieraliśmy. Jeśli chodzi o przedmioty z drugiego roku, to zaczęły pojawiać się takie ciekawsze, jak na przykład histologia. Mogłam wtedy pod mikroskopem obserwować (a później rysować w zeszycie <3) jak wyglądają różne tkanki człowieka. Z zajęć bardziej „zawodowych” pojawiły się PeeNZety, czyli praktyczna nauka zawodu. Wtedy wprowadzono nas do laboratorium i tłumaczono, co, jak się odbywa.

Studia — III rok

Coraz mniej zapychaczy i coraz konkretniejsze przedmioty. Wchodzimy w mikrobiologię, czyli naukę o drobnoustrojach. Tutaj, dzięki prowadzącej, która w bardzo ciekawy sposób prowadziła zajęcia, zainteresowałam się mikrobiologią na dłużej. Później dołączyłam do koła naukowego, ale i pisałam pracę magisterską w tej katedrze. Mamy immunologię i patofizjologię. Coraz więcej szczegółów znamy na temat tego, jak funkcjonują poszczególne układy i dlaczego czasami funkcjonować nie chcą. Dowiadujemy się też sporo o samych mechanizmach, rządzących reakcjami w odczynnikach, co ma na nie wpływ, jak powstaje wynik. Po tym roku odbywamy też swoje pierwsze praktyki wakacyjne.

Studia — IV rok

Od czwartego roku zaczyna się robić trochę luźniej, ale też wiedza jest bardziej specyficzna i ukierunkowana. Nie wybieramy sobie, czego chcemy się uczyć (oprócz zajęć fakultatywnych, czyli tzw. fakultetów), ale poznajemy różne „działki” diagnostyki laboratoryjnej. Krystalizują się (przynajmniej w założeniu) nasze preferencje zawodowe. Wiemy, gdzie chcielibyśmy iść, w jakim kierunku podjąć pracę, ale też wręcz przeciwnie, dowiadujemy się, co nam kompletnie nie leży. To drugie zadziwiająco często ma związek z tym, jak dany przedmiot był prowadzony i przez kogo. Po tym roku odbywamy swoje ostatnie praktyki wakacyjne.

Studia — V rok

Czyli piszemy pracę. Całe studia miały nas przygotować na ten moment. Kolejne przedmioty, które trzeba przejść. W międzyczasie należy wykonywać badania (ponieważ większość prac to prace badawcze) i pisać pracę. Wielu osobom idzie to, jak krew z nosa i nagłe natchnienie spływa na nich tuż przed końcowym terminem. Odbywają się też seminaria magisterskie, na których mamy okazje pochwalić się, co udało nam się już w związku naszą pracą magisterską wykonać. A w drugim semestrze nadchodzi ona — obrona. Wyczekiwana całe studia przez studentów i wykładowców. Wybieranie terminu, często dyktowane składem. Ostatecznie, z biegiem czasu uznaję, ze w sumie wcale nie było się czego bać. Ja wiem, że nikt, kto obronę ma przed sobą w podobne zapewnienia nie wierzy, ale to prawda. Oczywiście krążyły pewne legendy kogo warto, a kogo nie warto w komisji mieć, ale właściwie dla samej obrony to nie powinno mieć znaczenia. W końcu to Ty tę pracę tworzysz, więc teoretycznie, powinno Ci być wiadomo, co się w niej znajduje. Ja w dzień swojej obrony miałam ściągane u dentysty szwy po ekstrakcji ósemki. A przez cały poprzedzający tydzień pracowałam jako wychowawca na kolonii. Polecam takie rozwiązanie, zamiast siedzenia i umartwiania się.

Studia — absurdy i plusy

Plusem na pewno dla mnie jest to (pomijając zdobytą wiedzę oczywiście), że moja uczelnia wymyśliła wszystko za mnie. Ja się nie musiałam martwić doborem przedmiotów, dostałam konkretny plan studiów a na początku każdego semestru, konkretny rozkład zajęć. Dlatego tez nie wiem, co oznacza szukanie ECTS-ów tam, gdzie ich być nie może, co oznacza ich nadmiar i czym uzupełnić dziury. Czy coś straciłam? Na pewno wiele stresu, ale też pewnie kilka chwil absurdu. Jeśli już o absurdach mowa, to nie można nie wspomnieć o tym, że jako diagności laboratoryjni powinniśmy mieć możliwość zaginania rzeczywistości. Mówię tutaj o pobieraniu krwi. Podczas studiów mogliśmy to ćwiczyć tylko na sobie i to też po wielu błaganiach. Jeden raz odbył się pod okiem pani technik, gdyż prowadząca oznajmiła, że nie lubi widoku krwi (?). Nie możemy ćwiczyć na pacjentach, ponieważ uczelnia nie ubezpieczy nas pod tym względem, nie weźmie za to odpowiedzialności. Kiedy zdobywamy tytuł diagnosty, jest tam natomiast zapis, że jako absolwenci kierunku analityka medyczna, mamy kwalifikacje do tego, by tę krew pobierać.

Dlatego też w obecnej sytuacji (pandemia koronawirusa w Polsce, marzec/ kwiecień 2019), śmieszą mnie (i trochę przerażają) ogłoszenia o poszukiwaniu studentów do pobierania materiału do badań w tym właśnie kierunku. Do tej pory nie można było zorganizować zajęć, na których nauczymy się, jak prawidłowo materiał pobierać, ale jednak uznano, że student III roku taką wiedzę posiada i wystarczy zapewne jedynie drobna korekta.

No cóż, mam nadzieję, że lekko rozjaśniłam, jak to te studia analityki medycznej w Bydgoszczy wyglądały. Czy na Waszych kierunkach lub uczelniach również pojawiały się takie absurdy?

Obraz Foundry Co z Pixabay