rok w pracy
Labstyle

Rok w pracy. Moja historia.

Wiecie, co za dzień był 6.08.2019? Możecie nie wiedzieć, bo znamy się krótko, niecały rok. Ten dzień to moja rocznica. Rocznica podpisania umowy o pracę na stanowisko diagnosty laboratoryjnego. Jak było? Zaraz Wam opowiem.

Dlaczego studiując w Bydgoszczy znalazłam pracę w Krakowie?

Miałam bliżej do domu, ale też nie chciałam już mieszkać w Bydgoszczy i jeździć 5-6h w pociągu. Wiedziałam, że Kraków będzie moim miejscem zamieszkania. Decyzja zapadła rok temu, w kwietniu, ale miałam świadomość, że w Krakowie również znajdują się absolwenci mojego kierunku, którzy pewnie (w jakimś tam stopniu) chcieliby znaleźć pracę. Musiałabym być więc o krok wcześniej niż oni. Początkowy plan zakładał, że będę wysyłać swoje CV do wszystkich szpitali i laboratoriów. Później jednak zastanowiłam się: „po co ja mam się wpychać, sprawdzę, może ktoś szuka?”. Na stronie KIDL-u jest specjalna zakładka, gdzie zamieszcza się oferty pracy. Było tego naprawdę multum, ale sprytnie zastosowałam CTRL+F i wpisałam „Kraków”. Wyświetliła się jedna oferta, zamieszczona dzień wcześniej.

Napisałam!

Napisałam i czekałam, ale po dwóch dniach postanowiłam zadzwonić pod podany w ogłoszeniu numer, żeby zapytać czy moje zgłoszenie w ogóle dotarło, bo mogło też trafić do spamu. Okazało się, że numer był bezpośrednio do Pani Kierownik laboratorium. Od razu poprosiła, by opowiedzieć co nie co o sobie. Powiedziałam jakie mam doświadczenie, zarówno zawodowe, jak i naukowe (to było jedno z kryterium). Pani Kierownik poprosiła, by maila z CV wysłać jeszcze raz, tym razem bezpośrednio do niej. Po chwili otrzymałam odpowiedź, że mail dotarł i będą się kontaktować.

Odpowiedź

Po niedługim czasie otrzymałam odpowiedź (nie pamiętam już czy telefoniczną czy mailową, w końcu minął ponad rok) z informacją, że chcą zaprosić mnie na rozmowę kwalifikacyjną. I nagle strach i radość wezbrały jednocześnie. Nie wiedziałam, co wybrać, ale po prostu zachowałam spokój i umówiłam się na rozmowę w trakcie weekendu majowego.

Przyjechałam, ładnie się ubrałam i poszłam

Na rozmowie, oprócz mnie i Pani Kierownik obecna była także zastępca kierownika. Zadawały mi pytania z zakresu kierunku, ale nie bardzo szczegółowe. Pamiętam jedno: „Po czym można, mniej lub bardziej, sprawdzić, że nie doszło do pomyłki, krew jest tego samego pacjenta, co uprzednio?”. Zatkało mnie, ponieważ takich tipów nas na studiach nie uczyli (albo ja to przespałam), ale szczerze i z podniesioną głową (ale nie zadartym nosem) przyznałam, że nie wiem. Wtedy dowiedziałam się, że w miarę stały parametr to MCV w morfologii, czyli średnia objętość krwinek. Kiedy to usłyszałam, już wszystko sobie poukładałam i nabrało to dla mnie sensu. Minął ponad rok, a ja to nadal pamiętam. Później trafiłam jeszcze na rozmowę z Panią Profesor, która zarządza całym centrum diagnostycznym, ale tam już nie było pytań merytorycznych, a raczej skupiające się na planach dotyczących kariery zawodowo-naukowej.

Telefon

Mniej więcej po tygodniu miałam otrzymać ostateczną odpowiedź. Już na rozmowie Pani Kierownik mi powiedziała, że jest zainteresowana podjęciem współpracy ze mną, ale da mi znać po tygodniu właśnie. Wtedy ja mogłam już odpocząć. No bo co mogłam zrobić? Przecież już nie miałam wtedy wpływu na przebieg rozmowy, mogłam tylko czekać. Czekałam więc aktywnie wędrując po Tatrach i Ojcowskim Parku Narodowym. Po tygodniu zadzwonił telefon, odbieram, a tam… Pani Kierownik mówi, że są jak najbardziej za! Tak się cieszyłam, bo to oznaczało 100% sukcesu w moich rozmowach kwalifikacyjnych ;). Ale teraz następował „najgłupszy” czas. Pracę miałam załatwioną właściwie na początku maja, a miałam ją rozpocząć od sierpnia. Podczas rozmowy zaznaczyłam, że na lipiec mam jeszcze pewne zobowiązania i nie chcę z nich rezygnować w ostatniej chwili. Pozostawała też kwestia ostatnich egzaminów oraz obrony pracy magisterskiej i uzyskanie prawa wykonywania zawodu.

Przeprowadzka

Moja (jeszcze wtedy przyszła) pani kierownik na szczęście wyprzedziła kilka faktów i to pozwoliło nam uniknąć opóźnień. Wcześniej mogłam się zarejestrować do okulisty i do lekarza zakładowego. Nadszedł ten dzień, kiedy przeprowadziłam się do Krakowa i kilka dni później przyjechałam do szpitala podpisać umowę. Tego dnia w laboratorium przepracowałam dokładnie 2h35. Pozostałe 5 godzin zajęło mi zbieranie podpisów na obiegówce: podpisanie umowy, podpis lekarza, szkolenie BHP i pielęgniarki epidemiologicznej, informatycy i zakładanie konta, odebranie odzieży medycznej i obuwia. Wyglądało to trochę jak gra miejska. Każda z nowoprzyjętych osób otrzymała mapkę i „checklistę”.

Pierwsze dni

Tego dnia wylądowałam „na przyjmowaniu”, czyli w punkcie przyjęć materiału. Tam też zaczyna się podróż większości próbek po laboratorium (o czym pisałam w organizacji laboratorium).

Po odbyciu szkolenia w punkcie przyjęć przyszedł czas na czytanie procedur. Ja je przeczytałam wszystkie, naprawdę, ale… niewiele pamiętam. Zapamiętałam szczególnie, że w procedurze, dotyczącej ryzyka zawodowego (czy jakiegoś innego) pojawiła się etymologia (pochodzenie) słowa ryzyko. Wydawało mi się to mocno bez sensu, bo zakłada się, że osoby, które pracują w szpitalu są raczej ścisłowcami i, jakby to powiedzieć delikatnie” mało ich obchodzi pochodzenie tego słowa. To taka dygresja, ale takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam ;).

Kolejne miesiące

Po przebrnięciu przez wszystkie procedury dotarłam na pierwsze stanowisko. Była to koagulologia, co w laboratorium, w którym pracuję, jest dość niespotykaną ścieżką rozwojową, zazwyczaj zaczyna się od innych stanowisk. Tam opiekowali się mną magistrzy, czyli diagności laboratoryjni. Pokazywali mi wszystko, jak obchodzić się z aparatem, czego chce, kiedy „krzyczy”, ale nie tylko. Wyjaśniali, skąd takie, a nie inne wyniki i jaka może być tego przyczyna, na co trzeba zwrócić uwagę. Po takim przeszkoleniu, które trwało mniej więcej miesiąc, zostałam zostawiona na pastwę losu. Czyli byłam sama na stanowisku, ale zawsze mogłam się kogoś dopytać, kiedy miałam wątpliwości.

Kolejne stanowiska, które w rok przeszłam w podobnym stylu nauki to: analityka (zwana dalej „moczami”), hematologia i gazometrie. Wszędzie tak samo, czyli najpierw pod opieką, a później samodzielna praca. Pamiętam, że pierwszego dnia, kiedy zostałam sama na moczach miałam dokładnie 27 moczy i dwa płyny opłucnowe. Na dzień pracy to jest bardzo mało, teraz można tyle zrobić czasem do 10 rano. A wtedy męczyłam się z tym cały dzień i myślałam, że nie ogarniam.

Chwila obecna

Tak wyglądał mój pierwszy rok w pracy, jako diagnosta laboratoryjny. Teraz, z okazji urlopów, mam przestój w szkoleniach na stanowiskach. W międzyczasie do moich obowiązków doszło także comiesięczne spisywanie raportów temperatur (nie mamy tego załatwionego elektronicznie), a niedawno kontrola glukometrów na oddziałach. Myślę, że od września/października rozpocznę nowe szkolenia na kolejnych stanowiskach. O wszystkim będę Was informować.

Teraz trzymajcie za mnie kciuki i dajcie znać, co Was zainteresowało, a może czegoś nie ujęłam?

Pozdrawiam Was najmocniej!

Do przeczytania 😉

Obraz David Schwarzenberg z Pixabay